Feeds:
Posty
Komentarze

Nowy adres

Jeśli chciałby ktoś czytać mojego bloga, zapraszam na http://lubnauer.liberte.pl/

Dyskusja o darmowych podręcznikach nie milknie, mnie do odpowiedzi wywołał znajomy, Sebastian Szczęsny swoim długim tekstem http://edukacja.net/ela-metlik-podrecznikowy-zawrot-glowy/ wnikliwie analizującym plusy i minusy darmowych podręczników (z naciskiem na minusy). Postanowiłam, więc zastanowić się, jaki jest mój pogląd na pomysł naszego rządu, mający na celu poprawę losów dzieci, rodziców i wyników najbliższych wyborów.

Po pierwsze, nie uważam, że jeden darmowy podręcznik to samo zło, rozumiem zły los wydawców podręczników, współczuję pracownikom WSIP tracącym pracę, ubolewam z powodu straty zysków z podatku do budżetu, ale szczerze interesuje mnie tylko los dzieci i skutki edukacyjne tego pomysłu.

Jakie widzę zalety nowych, darmowych podręczników? Po pierwsze, podobnie jak w Finlandii, dzieci niezależnie od miejsca nauki, miasto, czy wieś, zachód, czy wschód kraju będą realizować ten sam program, więc jeśli przeprowadzą się ( a mamy być mobilni), to dalej będą uczyć się z tej samej książki. Podobnie łatwiej będzie, gdy zmieni się nauczyciel, dotychczas zdarzało się, że taka zmiana powodowała, że nauczyciel nie znał podręcznika, z którego uczy, bo nie wolno zmieniać cyklu podręczników wybranych na początku edukacji. Po drugie, póki co, nie będzie boxów, czyli zeszytów gotowych ćwiczeń, które ogłupiają nauczycieli i dzieci. To ma się zmienić, ale uważam, że państwo powinno zrobić wszystko, żeby sytuacja nie wróciła do stanu sprzed zmian. Czas na powrót do zeszytów, pisania, nie wypełniania luk i rozwiązywania zadań, nie wpisywania liczb. Po trzecie, takie rozwiązanie wymaga większego wysiłku i kreatywności od nauczyciela, który już nie będzie mógł bazować na gotowcach. Również uczeń nie znajdzie wszystkich odpowiedzi na zadane.pl. Po czwarte, tworzenie takiego podręcznika mogłoby stać się dziełem naprawdę znakomitego zespołu specjalistów, wręcz dream teamu, dziełem znakomitym, że tak powiem narodowym, no niestety tylko mogłoby, bo nie będzie, bo….  czas, czas, czas.

A wady? Oczywiście sama interwencja w wolny rynek jest wątpliwa, aczkolwiek, co to za wolny rynek, na którym decyduje jeden (nauczyciel), a płacą inni (rodzice). Po drugie, jeśli dopuszczamy w przyszłości do tworzenia materiałów dodatkowych (boxów) do darmowego podręcznika, to za chwilę sytuacja wróci do stanu przed reformy. Po  trzecie i najważniejsze, powód, dla którego zdecydowano się na to rozwiązanie: populizm i wynik wyborczy, powoduje, że podręcznik ten będzie obarczony grzechem pierwotnym – niestarannością wynikającą z braku czasu.

Nie można robić czegoś, co ma być najlepsze, trwałe, powszechne i od czego ma zależeć poziom edukacji naszych dzieci na lata ad hoc, w pół roku/rok. Bez recenzji, bez konsultacji, bez szansy przygotowania się przez nauczycieli, z potrzeby chwili, jaką są wybory.

Dlatego mimo plusów, które widzę, nie popieram idei darmowego podręcznika, tu i teraz, dlatego chyba jestem za ideą, ale przeciw takiej jej realizacji.

 

Nasza edukacja wymaga zmian, ale już nie rewolucji, takich jak pomysły rezygnacji z gimnazjów, teraz czas na ewolucję, czyli spokojne poprawianie ważnych szczegółów, które wpływają na nasz osąd szkół. Warto zastanowić się też co już zmieniło się na lepsze, a czego  nie dostrzegamy niezadowoleni z ogółu.

Dużo narzekamy na testy i egzaminy, że zabijają kreatywność, że uczniowie są uczeni nie dla wiedzy tylko pod testy, ale…  wreszcie istnieją narzędzia, które z jednej strony pozwalają diagnozować postępy uczniów, a z drugie dyscyplinują nauczycieli. Co więcej egzaminy te wreszcie sprawdzają wiedzę w sposób być może częściowy, ale obiektywny i bez zafałszowań jakim było powszechne kiedyś ściąganie na egzaminach. Ile razy słuchaliśmy dumnego polityka, czy aktora chwalącego się: Matura z matematyki? Wszystko mi podyktował nauczyciel, kolega, a poza tym dostałem rozwiązania w bułce. Teraz takie rzeczy prawie się nie zdarzają. Oczywiście wobec faktu, że egzaminy pisane są samodzielnie ich poziom znacznie spadł, ale przynajmniej realnie ocenia wiedzę ucznia. Dodatkowo testy na koniec szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum pozwalają na korzystanie z takich narzędzi jak EWD  (edukacyjna wartość dodana) umożliwiających (oczywiście nieidealnie) ocenę pracy szkoły i nauczycieli. Nie możemy też nie zauważać, że nasze sukcesy w testach PISA są m.in. pochodną systemu egzaminacyjnego w Polsce i zmiany podejścia nauczycieli, którzy teraz wiedzą, że wiedza uczniów będzie sprawdzana na kolejnych egzaminach. Sukcesy te potwierdzają też słuszność idei gimnazjum, szkoły, która jednak pomogła uczniom z mniejszych miejscowości, wsi, umożliwiła im naukę w nowocześniejszej placówce, w większym mieście. Rozwiązanie to pozwoliło na wyrównywanie szans i lepsze wyniki najsłabszych w teście PISA.

Gdyby jeszcze dopuścić myśl, że matury można nie zdać i powiększyć wymagania np. z 30% do 40% lub nawet 50%? Może wtedy młodzież lepiej by się motywowała i poziom kandydatów na studia wzrósłby. Jestem również zwolennikiem zwiększenia nacisku na maturze na zadania i problemy otwarte kosztem testów, tak żeby nie dobijać kreatywności i umiejętności samodzielnego rozwiązywania problemów. Jeśli wprowadzamy też obowiązek zdawania jednego przedmiotu na poziomie rozszerzonym, to powinniśmy wymagać  aby maturzysta go zdał (przynajmniej na to 30%), a nie tylko był obecny. Może też młodzież wiedząc, że zdanie matury to poważniejszy problem niż pozytywny wynik z egzaminu na prawo jazdy,  lepiej przygotowywałaby się, a część licealistów zrezygnowałaby z nauki na słabych studiach, by skończyć dobrą, uczącą zawodu szkołę policealną niewymagającą matury.

Natomiast dobrze, że matura stała się przepustką na studia i że uczelnie nie mają swoich egzaminów. Dlaczego? Po pierwsze to pozwala marzyć, składać papiery na kierunki, o które balibyśmy się starać, gdyby trzeba było zdawać egzaminy wstępne. Kiedyś trzeba było z tych marzeń zrezygnować,  bo nie da się zdawać kilku egzaminów, do wielu uczelni, chociażby przez nakładanie się terminów. Teraz mając zdaną rozszerzoną maturę z matematyki, polskiego, angielskiego i np. z chemii można starać się dostać na medycynę (przynajmniej w Łodzi), kilka wydziałów uniwersytetu (nawet z prawem włącznie), połowę politechniki. Uczeń może planować,  nie zastanawiając się, czy dany ambitny wybór nie oznacza dla niego straty roku. Po drugie poprawiając się za rok nie musi powtarzać całego egzaminu, tylko przedmiot, z którego zabrakło mu punktów. Po trzecie rekrutacja na podstawie matury pozwala mu na decyzję o studiach kilka lat po ukończeniu szkoły średniej, kiedy np. dojrzeje do decyzji, jakie studia są mu w pracy potrzebne. I nie jest prawdą, że na podstawie rozszerzonej matury nie da się przyjąć dobrych kandydatów na studia, problem polega na tym, że tych naprawdę dobrych jest za mało w  stosunku do oczekiwań uczelni, która musi przyjąć ze względów finansowych również tych słabszych.

Warto  też zauważyć, że od jakiegoś czasu szkoła postanowiła odchudzić wiedzę nauczaną  na pamięć, na rzecz tej, która ma być zrozumiana i stosowana. Odchudzono też materiał z wielu przedmiotów wyrzucając to co uznano za zbędne na tym etapie nauki. Np. zmniejszono zakres materiału z matematyki (całki, różniczki), ale dołożono więcej zadań praktycznych (jak problemy optymalizacji, czy wszechobecna w naszym życiu statystyka opisowa), już nie tak często dzieci uczą się na pamięć, tak często zmieniających się informacji,  jak  potencjał gospodarczy poszczególnych państw. Pamiętam jako horror naukę  danych np. dotyczących wydobycia węgla w Chinach i ZSRR. Niestety, wraz ze zmniejszeniem liczby  zagadnień do nauczenia na pamięć i rezygnacją z bezmyślnego przepisywania tekstów do zeszytów,  zapanowała moda na zeszyty ćwiczeń i karty pracy, które uważam za jeden z większych wrogów dobrej edukacji. Nauczyciele wyręczani często przez takie pomoce nie zastanawiają się jak zindywidualizować pracę, co zadać do domu,  jak ciekawie poprowadzić lekcję. Wystarczy na lekcji wypełniać podpunkty od 1 do 5, a do domu zadać 6 do 10.  To właśnie zabija kreatywność zarówno nauczycieli jak i uczniów.  Dlatego najwyższy czas, żeby zmienić wymogi dotyczące podręczników szkolnych.  Nie reformować program, ale ustalić co powinno wchodzić w skład zestawu podręczników. E-podręczniki to dobra idea, ale jako uzupełnienie zwyczajnych podręczników, każdy drukowany podręcznik powinien mieć swój odpowiednik w postaci e-booka na czytnik czy tablet, oraz multimedialnego e-podręcznika w Internecie, tak żeby w domu uczeń czytał z książki (wygodniejsze, zdrowsze dla oczu) lub korzystał z Internetu, a do szkoły nosił czytnik lub tablet (które będą coraz tańsze).  Należy zlikwidować zeszyty ćwiczeń w obecnej postaci, zostawiając tylko ćwiczenia w książce do rozwiązywania w zeszytach (podręcznik można podzielić na części.  jeśli książka okaże się za gruba). Do tego w Internecie powinna znaleźć się duża baza zadań, może być częścią e-podręcznika , ćwiczeń dostępnych zarówno dla ucznia, jak i nauczyciela. Dla ucznia, żeby mógł sam się kształcić i trenować, dla nauczyciela, żeby mógł wybrać zadania na klasówkę, czy do pracy na lekcji, nie korzystając z gotowych testów i kart pracy. Teraz nauczyciel często udaje, że nie wie, że uczniowie też mają dostęp do testów sprawdzających i zamiast uczyć się robią gotowce. To rozwiązanie nie wymaga rewolucji programowej, wymaga ustalenia zasad dla wydawnictw i konsekwentnego ich wymagania, wszak każdy podręcznik szkolny musi być zatwierdzony przez MEN. Co więcej takie rozwiązania stwarzają szansę, że plecaki dzieci odchudzą się (w odróżnieniu od portfeli rodziców, którzy nie musieliby kupować nowych ćwiczeniówek, które po roku wypełnione można tylko wyrzucić), a  e-booki i brak zeszytów ćwiczeń,  spowoduje, że nauczyciele i uczniowie będą musieli być bardziej kreatywni, a nauka nie będzie ograniczała się do wypełniania luk.

Kolejną sprawą jest spowodowanie tego, aby szkoła uczyła zarówno pracy grupowej, jak i wydobywała i rozwijała indywidualne zdolności uczniów. Może tego nie zauważamy, ale szkoła coraz lepiej radzi sobie z pracą z uczniem wymagający pomocy, z wadami rozwojowymi, czy po prostu zaniedbanym, (temu m.in. służą obowiązkowa zerówka od 5 roku życia i obowiązkowa szkoła od 6 roku życia, czy klasy integracyjne, których jest niestety zdecydowanie za mało). Dużo jest również szkoleń dla nauczycieli poświęconych tym problemom, oraz  zajęć dodatkowych dla uczniów służących wyrównaniu szans, często finansowanych z środków z UE.

Jednak jeżeli popatrzymy na pracę z uczniem zdolnym, to sytuacja jest dużo gorsza. Co możemy z tym zrobić? Po pierwsze jeśli jest niż, to korzystając z tych samych środków na edukację, moglibyśmy zmniejszyć liczebność klas. To pomoże i najsłabszym i najzdolniejszym.  Po drugie najlepsze licea powinny mieć przywilej tworzenia klas gimnazjalnych, nawet pojedynczych, tak żeby wyłapać najzdolniejszych, umożliwić im naukę do olimpiad również tych międzynarodowych przez 5 lat, a nie przez 2 lata. Kiedyś spośród nich mogą wyrosnąć wybitni naukowcy czy ludzie tworzący innowacyjną gospodarkę. Jeżeli chcemy by praca z uczniem zdolnym na poziomie liceum czy gimnazjum udała się, muszą się też znaleźć pieniądze na koła zainteresowań poza szkołą. Naprawdę nie zawsze nauczyciel szkolny jest w stanie przygotować ucznia do takiego konkursu jak np. olimpiada matematyczna czy informatyczna (dla gimnazjalistów czy uczniów szkół ponadgimnazjalnych), bo sam nie umie rozwiązać takich zadań i nie ma się z czego śmiać, bo to nie są proste problemy dla przeciętnego nauczyciela. Szczególnie, że nikt nie przygotowuje go na studiach do pracy z uczniem zdolnym i do przygotowywania uczniów do konkursów.

Po trzecie trzeba zmienić system motywowania nauczycieli, teraz o zarobkach nauczyciela decyduje stopień awansu służbowego, a po uzyskaniu tytułu nauczyciela dyplomowanego, już w ogóle nie trzeba się starać. O zarobkach powinien decydować dodatek motywacyjny dawany na rok, dwa w oparciu o sukcesy uczniów (albo chociaż o ich udział w kolejnych etapach konkursów i olimpiad), wyniki testów, a przynajmniej wskaźnik EWD oraz inne osiągnięcia edukacyjne (np. pomoc uczniom najsłabszym).  Myślę też, że stopień nauczyciela dyplomowanego powinien być nadawany na pewien okres, np. na 5 lat, potem procedury powtarzałyby się.  Jeżeli porównamy sytuację nauczycieli, do sytuacji w szkolnictwie wyższym, gdzie pracownik jest oceniany co 2 lata, to widzimy, że o ile sytuacja na uczelniach znacznie się zmienia, to w szkołach brak postępu.  Ale tych pomysłów nie da się wprowadzić bez zmiany lub likwidacji karty nauczyciela i to jest następny punkt programu.

Obecnie karta chroni  (jednocześnie ubezwłasnowolniając dyrekcję i samorząd) nauczyciela zatrudnionego w placówce gminnej (powiatowej), a  nie dotyczy w żadnym stopniu nauczycieli szkół prywatnych, czy prowadzonych przez stowarzyszenia, w których panuje wolna amerykanka. Nie pozwala też na rozsądną politykę dodatków motywacyjnych, nie daje szansy na zwolnienie nieudolnego nauczyciela,  za to przyznaje prawa niespotykane w żadnym innym zawodzie, jak urlop na poratowanie zdrowia, dezorganizujący często rozwój ucznia.  Dlatego chyba już czas na zlikwidowanie Karty Nauczyciela i przyjęcie innych rozwiązań, które chroniłyby w pewnym stopniu wszystkich nauczycieli, nie dając szczególnych przywilejów wybranej grupie.

Przejdźmy do szkolnictwa wyższego, tu najważniejsza jest poprawa jakości absolwentów kończących studia I, II i III stopnia. Po pierwsze musi się zmienić sposób finansowania,  pieniądze idące do szkół wyższych powinny pozostać takie same przy znacznym ograniczeniu liczby studentów, czyli dajemy więcej na jednego studenta, ale uczelnia musi mieć ich mniej, przy czym pozwalamy na znaczny odsiew na pierwszym roku, to zmobilizuje studentów i pracowników. Taka polityka pozwoliłaby też na mniejsze grupy ćwiczeniowe (ich liczność powinna być ustalana nawet odgórnie na zasadzie płacimy tyle, ale za studentach na zajęcia np. w grupach nie większych niż 20 osób) i przywrócenie modelu uczeń – mistrz. Po drugie trzeba wreszcie przyjrzeć się edukacji na świecie i zdefiniować stopień licencjata. Uczelnie muszą wiedzieć kim ma być licencjat, jakiego rodzaju wiedzą ma się legitymować, czy studia pierwszego stopnia mają być studiami zawodowymi czy tylko etapem przygotowującym do dalszej edukacji jak liceum. Ponadto trzeba kampanii, takiej jak ta wspierająca maturę z matematyki, która umocniłaby tytuł licencjata w społeczeństwie, łącznie z tym jaki skrót na wizytówce ma mieć licencjat.

Następnie na studia magisterskie uczelnia powinna przyjmować nie więcej niż np. 50% liczby swoich absolwentów studiów I stopnia, tak, aby przywrócić studiom magisterskim prestiż, ale umożliwić też poprawę poziomu, bo teraz jak widzimy niektórych magistrów naszych studiów, to boimy się iść do świeżo upieczonego lekarza. Ograniczenie liczby studentów II stopnia wymusiłoby zarówno większy wysiłek na studiach I stopnia (żeby się dostać na kolejne), jak ruch między uczelniami, bo ci trochę słabsi z najlepszych uczelni zajmowaliby miejsca tym średnim ze słabszej. To zaowocowałoby również poprawieniem poziomu studiów III stopnia. Poza tym najwyższy czas stworzyć alternatywę dla liceów w postaci silnych techników i dla studiów w postaci szkół policealnych, które mogłyby również prowadzić  uczelnie. Niedługo zabraknie nam fachowców z wykształceniem średnim, bo wśród poszukiwanych pracowników wcale nie dominują absolwenci studiów.

Kolejną zmianą powinna być rezygnacja z odpłatności za drugie studia (pod warunkiem ukończenia ich), tak żebyśmy mieli absolwentów o szerszych horyzontach, prawników z wiedzą z ekonomii, czy zarządzających po matematyce z wiedzą statystyczną, lub biologów genetyków po informatyce. Już lepiej, gdy każde studia wiążą się z drobnymi odpłatami, niż ograniczanie ambicji młodzieży, która chce wiedzieć więcej. Jednocześnie argument o zajmowaniu miejsc na studiach dziennych przez studiujących dwa kierunki przestaje, wobec niżu, być istotny.

Oczywiście jest problem, z którym nie potrafi poradzić nie tylko edukacja polska, ale też światowa: jak wydobywać i pielęgnować pasje u dzieci i młodzieży? Taka rewolucja w systemie edukacji, który kształtowała się ok. 200 lat temu jest potrzebna i stanie się w XXI wieku koniecznością. Na ten temat można wiele dowiedzieć się np. z wykładów czy książek Kena Robinsona: „Uchwycić żywioł”, czy  „Oblicza Umysłu. Ucząc się kreatywności”, ale to temat na inne teksty mądrzejszych ode mnie.

Tym piątym odcinkiem kończę swój cykl o polskiej edukacji z poczuciem, że zostało jeszcze wiele do omówienia, a temat jest tak rozległy, że jeszcze wiele innych osób powinno przedstawić swój pomysł na edukację i swoją analizę: Edukacja, czemu mi się nic nie podoba? No chyba, że Wam się jednak podoba?

Temat ten jest mi szczególnie zawodowo mi bliski, bo jestem pracownikiem Uniwersytetu Łódzkiego, przy czym nie zamierzam pisać w tym tekście o warunkach pracy polskich naukowców,  a tylko skupię się na studentach.

Powodem dla którego zdecydowałam się na ten cykl tekstów o edukacji były dwa teksty z Internetu (z Gazety Wyborczej Wrocław) „Były rektor UWr: Uczelnie biorą każdego, kto nie ucieknie” profesora  Leszek Pacholski (Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,15082949,Byly_rektor_UWr__Uczelnie_biora_kazdego__kto_nie_ucieknie.html?as=1#ixzz2niekLmaI)

oraz „Uczelnie polskie i amerykańskie: kosmiczna przepaść”( Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,11491243,Uczelnie_polskie_i_amerykanskie__kosmiczna_przepasc.html#ixzz2nifCOSB1).

Szczególnie spodobał mi się cytat z pierwszego artykułu:

„Jest jeszcze drugi problem. Na prawie każdy kierunek zapisuje się grupa zdolnej i zmotywowanej młodzieży.
Będą jednak studiowali razem z osobami, które mają mniejsze możliwości intelektualne i nie mają zapału do pracy. A wykładowcy zapewne raczej nie „oleją” tych słabszych i obniżą poziom poniżej oczekiwań nie tylko tych najlepszych, ale nawet tych dobrych.
Wobec tego ci najlepsi wejdą na rynek pracy przygotowani gorzej od osób o porównywalnym potencjale, które studiowały kilka lat temu. Nie da się dobrze kształcić w jednej grupie laureatów przedmiotowych olimpiad i osób, które z trudem zdały maturę, podobnie jak nie produkuje się trabantów i bmw w jednej fabryce.”

Polskie uczelnie publiczne mają wiele problemów i na omówienie ich potrzebowałabym nie jednego, ale jeszcze z 3 tekstów, ale skoncentruję się  na najważniejszych problemach z punktu widzenia studentów: zagadnieniu masowości, poziomu , programach studiów i jakości  dydaktyki.

Kilka lat temu (tak z 10) byłam na 3 tygodniowych warsztatach na temat edukacji organizowanych przez Friedrich Naumann Foundation w Niemczech.  Rozmawiałam tam dość często z ekonomistą, doktorem nauk ekonomicznych, wykładowcą uczelni w Egipcie i Wielkiej Brytanii, który mówił jakim zagrożeniem jest duża grupa młodzieży egipskiej, której w dość krótkim czasie udało się zdobyć coraz bardziej masowe wykształcenie wyższe, o ich frustracji wynikającej z faktu, że rynek pracy nie ma możliwości wchłonięcia takiej masy ludzi wykształconych. Myślę , że ostatnia rewolucja w Egipcie, oprócz przyczyn stricte politycznych miała podłoże właśnie w tej frustracji. Kiedyś przeczytałam, że celem MSWiN jest ponad 50% młodzieży idącej na studia i nie wiem czy uznać, że chodziło o to, żeby zabrać ich w czasie kryzysu z rynku pracy, czy może po prostu musimy pobić cały Świat w liczbie studiujących? Czy przypadkiem nie można mówić o Oszukanym Pokoleniu?

Oczywiście w powszechności edukacji nie ma nic złego, ale…. Jeżeli odpowiedzią na rozbudzone ambicje młodzieży z lat 90 tych, na bum chętnych do uzupełniania studiów wśród ludzi już dorosłych stały się szkoły prywatne, często słabe, bez własnej kadry, nie prowadzące żadnych badań z filiami w każdym miasteczku, oraz studia państwowe, walczące o każdego studenta, za którym szły pieniądze na pensje pracowników, to nie dziwmy się, że poziom spadł na łeb na szyję. I zrozummy, że to co raz popsuto strasznie trudno naprawić. Pracownicy uczelni pracujący jeszcze dwa, trzy lata temu na kilku etatach z trudem wracają do pracy naukowej, wymagania w stosunku do studentów, które obniżono kilka lat temu już takie pozostaną, szczególnie, że niż demograficzny powoduje, że kandydatów, szczególnie tych dobrych na rynku jest coraz mniej.  Co może w takim razie zrobić MNiW? Na ten temat chciałabym napisać w części 5: „Edukacja, czemu mi się nic nie podoba? Co można poprawić”, ale jeden element nie ulega wątpliwości.  Tak długo jak MNiSW płacić będzie za liczbę studentów na kolejnych latach studiów,  tak długo nikt dobrowolnie studentów nie będzie się pozbywał. Gdyby szkołę było stać na wymagania i zmuszenie części do rezygnacji, to reszta zaczęła by się uczyć i osiągać wszystko na co ją stać, zamiast grać na przetrwanie. Gdyby grupy ze względów finansowych nie liczyły 35 studentów na zajęciach konwersatoryjnych, to może by było można pomóc najsłabszym i dać dodatkowe zadania najlepszym studentom.  Czy w trzydziestokilkuosobowej grupie relacja Mistrz – Uczeń jeszcze w ogóle ma sens? Również tak długo, jak słaby maturzysta nie będzie miał realnej alternatyw studiów w postaci dobrych szkół zawodowych, policealnych (które również mogłyby prowadzić uczelnie), tak długo nie liczmy, że słaby maturzysta nie pójdzie na studia i nie będzie obniżać poziomu. Naprawdę z pustego i Salomon nie naleje i nie da się ze słabego ucznia zrobić prymusa. Oczywiście możemy zgodzić się z minister (już byłą), że „nawet studia na słabej uczelni coś wniosły w życie studentów”, ale czy zastanowiliśmy się, co,  to obniżenie poziomu nauczania, oznacza dla najlepszych studentów, tych którzy maja tworzyć innowacyjną gospodarkę?  Czy rozumiemy co oznacza połączenie masowości z niskim poziomem? Mamy tłumy absolwentów szkół wyższych, które skończyły zarządzanie, a nie mają czym zarządzać i nawet by nie potrafiły, pedagogikę, a jest niż w szkołach, czy nawet absolwentów po kierunkach bardziej praktycznych, jak informatyka, ale, na których pracodawcy narzekają, że wszystkiego muszą ich uczyć sami. Uzyskujemy tłumy z wykształceniem, ale bez kompetencji, które to wykształcenie powinno przynieść.  Dlatego bezrobocie wśród absolwentów szkół jest tak wysokie (chociaż niższe niż u tych młodych bez studiów, np. tylko po liceum), a ci co znajdują pracę (np. w sklepie – patrz Polityka „Magister Sprzedawca”) są sfrustrowani faktem, że kilka lat spędzonych na studiach nic im nie dało.

Dlaczego pracodawcy, poza poziomem, o którym już pisałam, a który się obniżył w ostatnim dwudziestoleciu, krytykują absolwentów?  Tu przechodzimy do problemu programów studiów. Po pierwsze Polska przyjmując kilka lat temu system Boloński dzielący studia na te I, II i II stopnia nie potrafiła sobie z tym poradzić, tu warto zapoznać sią z tekstem z Polityki:  „Trzy lata studiów i dyplom. Warto? Po co być licencjatem?” (Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1556767,1,trzy-lata-studiow-i-dyplom-warto.read#ixzz2nj20ZeL8).

Nikt nie miał pomysłu, po pierwsze kim ma być licencjat, po drugie jak wpasować go w studia magisterskie, po trzecie jak dostosować programy studiów, żeby rzeczywista zmiana kierunku studiowania po pierwszym stopniu była możliwa.  Często też wymagania MNiSW dotyczące kwalifikacji licencjata powodowały, że takowe studia są za trudne dla wielu studentów (np. specyfika kierunków takich jak matematyka, a zapewne też fizyka, czy chemia), a po drugie nie pozostawiają wiele miejsca na przedmioty zawodowe, które pozwoliłyby zdobyć konkretne umiejętności. Po drugie przyzwyczajenie kadry profesorskiej powoduje, że część z niej nie wyobraża sobie, że można młodzież nauczyć czegoś praktycznego bez głębokich podwalin teoretycznych (a tu i czasu mało i młodzież mniej przygotowana intelektualnie, bo masowo studiująca). W efekcie otrzymujemy abiturienta, który i z teorii jest słaby i wiedzy praktycznej  miał mało. Dodatkowo na studia magisterskie idą prawie wszyscy (a przynajmniej nie poziom na jakim skończyli licencjat o tym decyduje), bo każdy chce mieć jakiś skrót przed nazwiskiem i nikt w społeczeństwie nie zakorzenił tytułu licencjata. W efekcie słaby student licencjatu staje się jeszcze słabszym studentem studiów magisterskich, a czasem nawet w niektórych dziedzinach (tu na szczęście matematyka sama się broni) studiów doktorskich.  Programy studiów kształtują więc: wymagania ministerstwa, oczekiwanie grona profesorskiego, brak jasnej idei studiów I i II stopnia, brak pieniędzy na dodatkowe praktyki, naukę miękkich kompetencji i intensywną naukę języków  obcych  (trzeba by zlecać na zewnątrz) i poziom studentów.  I dlatego pracodawcy narzekają, że absolwenci nie mają praktycznych umiejętności, nie są w stanie poradzić sobie w pracy zespołowej, są niekomunikatywni, niepunktualni i nie znają innych języków poza polskim (ale ten też słabo).

Jeżeli do powyższych problemów dodamy jeszcze czasem słabą dydaktykę, a właściwie brak jakiejkolwiek motywacji ze strony MNiSW do dobrego nauczania na studiach, to mamy komplet, który doprowadza nas do obecnego stanu rzeczy. O co mi chodzi w tej dydaktyce? Uczelnie, a co za tym idzie pracownicy oceniani są prawie wyłącznie ze względu na dorobek naukowy. Nie rozwija się kadry czysto dydaktycznej, bo to się uczelni nie opłaca, a dydaktyka zajmują się wszyscy na stanowiskach dydaktyczno-naukowych. Jeżeli dodamy do tego, że teraz czas na zdobywanie kolejnych stopni naukowych jeszcze się zmniejszył, to na dobre przygotowanie do zajęć prowadzącemu zostaje jeszcze mniej czasu. A  ponadto,  na stanowiska czysto dydaktyczne uczelnia częściej przyjmie kogoś, kto może jeszcze w tym okresie zrobi habilitację niż dobrego dydaktyka. Metoda ewaluacji nauczania przez ankiety studenckie miał zmienić wiele, jednak warunkiem powodzenia systemu oceny przez studentów zajęć, jest po pierwsze powszechność  (studenci często sami rezygnują z tego przywileju), po drugie branie tych ocen pod uwagę np. przy awansie naukowym pracownika, po trzecie przekładanie się wyników na system dodatków motywacyjnych.  Musimy też wziąć pod uwagę, że mamy za liczne grupy i kontakt z pojedynczym studentem jest coraz bardziej ograniczony, nawet jeśli staramy się to nie docieramy do wszystkich. Czyli uczymy słabiej niż moglibyśmy, bo motywacji, warunków i czasu brak.

O temacie studiów można jeszcze długo. Ale to miały być 4 krótkie podsumowania pozwalające odpowiedzieć mi na nurtujące mnie pytanie: Edukacja, czemu mi się nic nie podoba? A teraz czas napisać coś pozytywnego, dlatego już dziś zapraszam do przeczytania w części 5: „Edukacja, czemu mi się nic nie podoba? Co można poprawić i co już jest lepiej” – tekst „w budowie” 😉 .

Jest lepiej niż w gimnazjum, bo szkołę ponadgimnazjalną uczeń wybiera sam (bądź z rodzicami), może więc wybrać najlepszą w mieście lub nawet w województwie, no chyba, że egzaminy gimnazjalne nie poszły mu doskonale i idzie tam, gdzie się dostanie. No właśnie, dziecko ma mało punktów, nauka szła mu zawsze jak po grudzie, a my podobnie jak 80% społeczeństwa pchamy go do liceum. Czy słusznie? Nie, uważam nawet, że miasto powinno zmniejszyć liczbę miejsc w liceach, tak, żeby tylko uczniowie mający jakąś rozsądną liczbę punktów (np. 70) mogli iść do liceum, którego skończenie nie daje żadnego zawodu, ale świetnie zapewnia status bezrobotnego.

Tu musimy przez chwilę skupić się na problemie szkolnictwa zawodowego. Kiedyś Polska miała całkiem niezły system szkół zawodowych i techników, oczywiście część z nich proponowało archaiczne i niepotrzebne specjalności, a większość była niedoinwestowana i słabo wyposażona, ale za moich czasów trudniej było dostać się do dobrego technikum niż do średniego liceum. Dlaczego? Bo technikum po 5 latach edukacji dawało z  jednej strony zawód i możliwość usamodzielnienia się, a z drugiej strony nie zamykało szansy na studia, np. wielu z absolwentów politechnik  miało wcześniej za sobą edukacje w technikach. Reformatorzy  2001 postanowili to zmienić, już nie technika tylko licea profilowane miały być drogą dla młodzieży bez ambicji akademickich na zdobycie zawodu. Niestety licea profilowane okazały się kompletną klapą, chociaż znowu, motywacja władz były całkiem racjonalna – Świat i Polska zmieniają się, już mało kto przepracuje całe swoje życie w jednym zawodzie, czy w jednym miejscu pracy, musimy kształcić ludzi, którzy łatwo będą w stanie zmienić zawód. Właśnie liceum profilowane miało stać się taką bazą do późniejszego zdobywania nowych specjalności w szkołach policealnych lub na kursach zawodowych. Co prawda nauczyciele zawodu już wtedy mówili, że to się nie uda, że te 4 lata (przed reformą 5) potrzebne są żeby wykształcić dobrego mechanika, elektryka czy kucharza, że ogólna wiedza techniczna (bardzo teoretyczna), którą uczeń zdobyłby w liceum profilowanym nie wystarczy do nauczenia konkretnego fachu w 1, 2 lata. Muszę dodać, że obecnie wiele firm do pracy poszukuje właśnie absolwentów techników, często nawet chętniej niż politechniki, która uczy mniej praktycznie. Co było w technikach złe? Technika nie zmieniały się wystarczająco szybko, równie szybko jak potrzeby rynku, często kończąca je młodzież, już na początku swojej kariery zawodowej miała umiejętności nikomu nie potrzebne, np. technikum kolejarskie w momencie gdy zwalniano kolejarzy.  Niestety również często wiedza zawodowa nie szła w parze z edukacją ogólną, zdawalność matur wśród absolwentów techników była dużo niższa (jest w dalszym ciągu) niż w ogólniaku, a to mogło zamknąć niektórym szansę na przyszłe studia. Ale cóż, czy na pewno studia drogą do sukcesu?

Przy liceach profilowanych popełniono jeszcze jeden grzech pierwotny, nikt nie potrafił wyjaśnić młodzieży i rodzicom zalet takiej edukacji (a może tych zalet nie było), w wyniku tego od razu licea profilowane zostały potraktowane jako te gorsze licea, zgodnie z zasadą, jeśli nie dostaniesz się do ogólniaka, czeka na ciebie profilowane. Jeżeli dodamy do tego modę (wspieraną przez rząd) na zdobywanie wykształcenia wyższego, nieważne jakiego i czy dającego perspektywę na pracę, to wiemy dlaczego szkolnictwo zawodowe i licea profilowane prawie umarły, śmiercią niekoniecznie naturalną. Teraz co prawda trwa reaktywacja szkolnictwa zawodowego, ale idzie jak po grudzie, bo tytuł mgr przed nazwiskiem mami jak fatamorgana na pustyni.

Wracając do liceum ogólnokształcącego, jak zaznaczyłam, tu już bywa lepiej, mamy wybór, która szkoła spełni nasze oczekiwania. Niestety jak wszyscy podkreślają edukacja licealna jest za krótka. Jestem nawet zwolennikiem, po wysłaniu 6 latków do szkół, wydłużenia jej o rok.  Alternatywą są szkoły typu gimnazjum plus liceum, ale tylko przy dobrych ogólniakach, przy słabych równają w dół zamiast w górę. Obecnie liceum ma ucznia tylko przez 2,5 roku, dodatkowo rok z tego to kontynuacja edukacji podstawowej, ogólnej z gimnazjum (to akurat słuszne, że nie powtarzają wszystkiego trzeci raz), a potem 1,5 roku na przedmioty główne. Co to oznacza?

Po pierwsze,  niestety, znowu założenia najnowszej reformy były inne niż codzienna praktyka. Miało być tak, uczeń idzie do liceum, w pierwszej klasie uczy się wszystkiego po trochę, kończy materiał z gimnazjum, na koniec roku szkolnego już wie czym chce zajmować się w życiu, co jest jego pasją i wybiera 2 do 4 przedmiotów, które kontynuuje jako rozszerzenia. Z  pozostałych, poza polskim, językami, historią (z wosem) oraz matematyką, nie ma już kontaktu. Wielu zwraca uwagę, że wtedy nie można mówić o prawdziwej edukacji ogólnej. Czyli, na przykładzie, wygląda to tak, jeśli jego rozszerzenia to historia i geografia, to od drugiej klasy już nie uczy się: biologii, fizyki czy chemii. Oczywiście problem pojawia się, gdy w trzeciej klasie zmienią mu się poglądy na to, co chce studiować, ale cóż, podobno młodzież teraz wcześniej dojrzewa. Tak mówi teoria, praktyka jest jednak jeszcze  inna. Szkoły, żeby ułatwić sobie organizację i nie być zmuszane (wobec mizerii finansowej) do uruchamiania zajęć dla 2 uczniów, już na starcie, w czasie rekrutacji do liceum każą wybierać rozszerzenia, zarówno ich liczbę, jak i ich rodzaj, proponując konkretne profile klas  np. mat-biol-chem, albo hist-geo. Kiedyś też były profile, ale nie oznaczały, aż takiej specjalizacji, tak wcześnie, czyli w wieku 15 lat. Czyli wracamy do problemu, że uczeń gimnazjalny musi już na koniec 3 klasy wiedzieć co chce robić w życiu i nikt mu w tym wyborze nie pomaga.

Dodatkowo taka organizacja wprowadzona po ostatniej reformie, jest kłopotliwa dla uczniów z ambicjami, tych którzy np. chcą startować w olimpiadach przedmiotowych. Teraz na naukę przedmiotu mają 1 zamiast 2 lat (rok ma też nauczyciel na wychwycenie talentów), bo pierwsza klasa to tylko takie ogólne informacje, np. z chemii dowiemy się, jakie ma zastosowanie w  życiu codziennym. Podobnie jest z pozostałych przedmiotów. Oczywiście może mieć to też skutek w wynikach naszych uczniów w olimpiadach międzynarodowych za 2, 3 lata, ale tu może dobrze zadziałają te szkoły w Polsce, które łączą gimnazja i licea, i wcześniej wyłapują talenty. Oczywiście taki system ma też zalety, ta młodzież, która jest świadoma swoich zainteresowań, teraz już od drugiej klasy może uczyć się głównie tego, co lubi i co ją interesuje.

Jak dyskutujemy o liceum, to trudno uciec od problemu matury. Tu mogę powiedzieć tylko jedno na plus. Matematyka jest obowiązkowa! Oczywiście pamiętamy minister Łybacką (dr matematyki!), która ze względów politycznych odłożyła tę zmianę, ale…  Wreszcie ktoś zauważył, że podobnie jak język polski, czy języki obce, matematyka jest uzupełnieniem czegoś, co nazwalibyśmy wiedzą ogólną. Kształci ona logiczne myślenie, jest przydatna w życiu codziennym (rozumienie wykresów, analiz, czy po prostu zasad udzielania i kosztów kredytu), zachęca też młodzież do studiów technicznych lub ścisłych (matematyka finansowa, statystyka,  informatyka, fizyka), które dają w całej Europie większe szanse na zatrudnienie niż humanistyczne.  Ten fakt zrozumieli nawet prawnicy i teraz matematyka jest jednym z przedmiotów, które liczą się przy rekrutacji np. na Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Myślę też, że obowiązkowa matura z matematyki zmieniła podejście uczniów, nauczycieli i rodziców do nauki matematyki, co dało takie dobre rezultaty na testach PISA, właśnie z matematyki mamy największy skok.

Jednak cała reszta dotycząca matury jest mniej pozytywna. Co prawda zlikwidowano już debilną prezentację, która była przedmiotem handlu w Internecie lub na korepetycjach (oczywiście były wyjątki od tej reguły), a nie pracą własną ucznia i zastąpiono ją egzaminem ustnym z polskiego. Jednak np. zasada, że na egzaminie maturalnym 30% zalicza jest jakimś nieporozumieniem. Powstał też nowy, lekko kuriozalny pomysł. Każdy uczeń musi zdawać przynajmniej  jeden przedmiot dodatkowy, czyli obowiązuje zasada: coś go musi przecież interesować. Brzmi nieźle, więc czemu mi się znowu nie podoba? Ponieważ uczeń musi go pisać, ale wcale nie musi go zdać, żeby mieć zdaną maturę. Czyli może przyjść, podpisać się, a potem pójść do kina. Albowiem przeczytamy na stronie CKE : „Aby zdać egzamin maturalny, absolwent musi:

a. otrzymać co najmniej 30% punktów możliwych do uzyskania z egzaminu z każdego  przedmiotu obowiązkowego w części ustnej i w części pisemnej

b. przystąpić do egzaminu z jednego przedmiotu dodatkowego w części pisemnej” – patrz (http://www.cke.edu.pl/files/file/Matura-2015/Informatory-2015/Informator-Czesc-ogolna.pdf). Przystąpić, a nie zdać! Czego my w ten sposób uczymy młodzież?

Tu krótki wtręt, do którego wrócę w 5 części – uważam , że jedną z lepszych rzeczy, które się stały w ramach reform, jest uznawanie matury  i rezygnacja z egzaminów wstępnych na uczelnie.  Wiem, wielu się ze mną nie zgodzi, ale dlaczego tak uważam uzasadnię w kolejnej części, o tym co jest lepiej.

Oczywiście przeciętne liceum ma też te same wady co szkoła podstawowa i średnia, nie rozwija pasji, wiele lekcji prowadzonych jest nudno, rzadziej co prawda pracuje się z kartami pracy, ale nauczyciele znowu dyktują, zamiast uczyć notować lub każą notować nie tłumacząc uczniom co i jak powinni zapisywać. Nieumiejętność notowania mści się w czasie studiów. Jednak największym zaniedbaniem, wręcz wymagającym natychmiastowej interwencji jest fakt, że mimo, iż uczeń może realizować rozszerzenie np. z chemii, czy fizyki, w dalszym ciągu przez 3 lata może nie zrobić żadnego doświadczenia chemicznego! Czyli jak ma się dowiedzieć, czy chemia to jego żywioł, jeśli chemia (Aaaaa- zaczęłam ziewać na samą myśl) to tylko wzory i nauka na pamięć? O roli pasji w życiu zawodowym człowieka możemy poczytać w książce: „Uchwycić żywioł. O tym, jak znalezienie pasji zmienia wszystko” Kena Robinsona. Dlaczego polskie szkoły organizują dni talentów muzycznych czy tanecznych (oczywiście nie jestem przeciw), a nie robią dni pasji naukowych, jak szkoły amerykańskie, w czasie której uczniowie pokazują robota, lub farmę mrówek własnej produkcji? Dlaczego w naszych szkołach modniej jest mieć zwolnienie z wf niż być w szkolnej drużynie siatkarskiej? Dlaczego szkoły po lekcjach mają tylko kółka maturalne, a nie rozwijające różne pasje? Dobrze jednak, że liceum uczniowie sami wybierają i że w każdym większym mieście są dobre licea. Liceum to również byłby dobry czas,  żeby zmobilizować młodzież do woluntariatu i działalności społecznej. Amerykańskie licea wymagają 40h zaliczonego woluntariatu, a dla szkół wyższych w USA działania prospołeczne, to ważny argument przy decyzji o przyjęciu na studia.  Oczywiście przy okazji młodzież uczy się realizować różne projekty i pracować w grupie. Często zarzuca się też uczelniom, że absolwenci mają mało tzw. miękkich umiejętności takich jak zdolność komunikatywność , asertywność, empatia, umiejętność kooperacji, rozwiązywania problemów, czy autoprezentacji,  a  właśnie liceum, gdzie jeszcze wychowujemy młodzież i gdzie nie jest ona anonimowa jak na studiach, jest dobrym okresem do rozwoju takich kompetencji.

Edukacja dalej mnie nie zachwyca, ale zobaczcie, pojawiły się elementy pozytywne!

Nasze dziecko przebrnęło już przez podstawówkę, może nie udało się go zniechęcić do edukacji i teraz jest w gimnazjum, może  w rejonowym, a może wykazaliśmy się zaradnością i poszukaliśmy na stronie www.ewd.edu.pl najlepszego w dzielnicy. Pamiętamy, że te trzy lata to ważny etap w życiu, z jednej strony  okres „burzy i naporu”, z drugiej szukanie swojej drogi życiowej. Dlaczego już w gimnazjum? Wynika to z ostatniej reformy MEN. Teoretycznie przedmioty kierunkowe wybieramy w liceum, pod koniec pierwszej klasy, ale prawda jest taka, że licea, chcąc ułatwić sobie organizację, przyjmują uczniów do określonych profili klas i wyboru muszą dokonać już gimnazjaliści w 3 klasie. Tym bardziej decyzja jest ważna gdy uczeń wybiera technikum, nie liceum, bo wybiera już swój przyszły zawód.

Czyli to właśnie w gimnazjum uczniowie ostatecznie poznają swoje pasje i zainteresowania, tzn. powinni poznawać, bo prawda jest dużo bardziej ponura. W gimnazjum teoretycznie są pierwsze zajęcia doradztwa personalnego, czyli instruktor, nauczyciel pomaga młodzieży wybrać w jakim kierunku powinni się kształcić. Niestety te zajęcia w żaden sposób nie mają charakteru personalnego, indywidualnego, poza jakimś bzdurnym testem,  dzieci dowiadują się tylko, że najlepiej to pójść do  technikum, jeśli np. gminie zależy akurat na rozwijaniu techników, mimo, że takowe doradztwo było w klasie dwujęzycznej, z której żaden uczeń do technikum nie wybierał się.

W gimnazjum ostatecznie uczeń dochodzi do wniosku, że szkoły nie lubi, lekcje w dalszym ciągu prowadzone są na podstawie kart pracy, dodatkowo uczniowie zaczynają być uczeni typowo pod testy końcowe, nie piszą już opowiadań, a wyłącznie rozprawki i charakterystyki (patrz pytania z ostatnich lat z egzaminu gimnazjalnego), wiedzą jak dostosować się do klucza w krótkich formach, uczą się tych fragmentów z fizyki, chemii, biologii czy historii, które najczęściej występują na testach i nie czytają już książek, tylko fragmenty wybrane przez autora podręcznika. I tu wracamy do wyników polskich gimnazjalistów na testach PISA, czy dziwne jest, że uczniowie uczeni pod testy, na tych testach dali sobie radę?  Pamiętajmy, że w trzeciej klasie czeka ich mała matura – 6 egzaminów w trzy dni z 9 przedmiotów. Kto chętny do takiego sprawdzianu?

Nie znam badań, ale podejrzewam, że gimnazjum to czas największej ilości wagarów, a również  początku problemów z nauką wynikających z braku mody wśród młodzieży na uczenie się. Jest to też czas gdy ostatecznie młodzież orientuje się, że szkoła jest nudna, a nauka mało praktyczna.  Czy ktoś może polubić bezmyślne przepisywanie fragmentów podręcznika, uczenie się o kilkunastu rodzajach alarmów, wypełnianie poleceń w stylu: Znajdź na stronie dwudziestej imię króla, który…..  i wpisz w lukę. Zniknęły już ostatnie laboratoria chemiczne (nawet mierzenie gęstości przedmiotu jest ryzykowne), nie zobaczymy zwierząt w pracowni biologicznej, nie liczmy na fizyce, że ktoś pozwoli nam przeprowadzić obserwacje ruchu rolki na równoważni – chyba, że z rzutnika. Na informatyce uczymy się korzystać z worlda, powerpointa  i excela, czyli nie mamy szans dowiedzieć się jak się programuje, a zdarzają się kartkówki na karteczkach.  A na zajęciach praktyczno–technicznych będziemy poznawać pasjonujące pismo techniczne. Nie zachęca się również nauczycieli do rozwijania innych pasji uczniów: rysowania, śpiewu czy sportu. W okresie gimnazjum dzieci  mają też uczyć się pracy grupowej (obowiązek interdyscyplinarnego projektu), ale nauczyciele sami nie umieją nauczyć takowej pracy i zwykle projekt przygotowuje ten uczeń, któremu najbardziej zależy. Uczymy się jeszcze jednej podstawowej umiejętności potrzebnej w szkole – testy z wydawnictw są na chomikuj.pl, a prace domowe z kart na zadane.pl, czyli ctrl c, ctrl v i do przodu aż do matury!

Kiedy tworzono gimnazja, ideą twórców reformy (wiem, rozmawiałam w latach 2001-2004 kilkukrotnie z wiceminister edukacji Ireną Dzierzgowską) było z jednej strony wyrównanie szans młodzieży wiejskiej, którą wyciągnęłoby się z małej szkoły wiejskiej do gimnazjum w większym ośrodku, ale stworzenie też 6 letniej szkoły średniej (3 lata gimnazjum plus 3 lata liceum) patrz „Minister Handke o polskiej szkole (ROZMOWA )” http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/516757,minister-handke-o-polskiej-szkole-rozmowa,id,t.html , (niestety system ten popsuły potem inne rządy, które pozwoliły na łączenie gimnazjum z podstawówką lub samorządy, które zabroniły tworzenia klas gimnazjalnych w liceach, żeby nie zwalniać nauczycieli).  O tym jakie plusy ma takie rozwiązanie najlepiej świadczy ranking Liceów – Perspektywy.pl (http://www.perspektywy.pl/portal/index.php?option=com_content&view=article&id=452:ogolnopolski-ranking-liceow-ogolnoksztalcacych-2013&catid=56:tabele&Itemid=204) , tam wszystkie szkoły ze ścisłej czołówki to zespoły szkół, gimnazjum z liceum, a spadek łódzkiego 1 Liceum im. Kopernika z 1 na 8 pozycję w ostatnich kilku latach najlepiej świadczy o tym, że licea bez gimnazjum nie mają szans w ścisłej czołówce. Oczywiście jak to zwykle bywa dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, reformatorzy zniszczyli, tak przy okazji, niezły system szkół technicznych, ale o tym więcej w części trzeciej – szkoły ponadgimnazjalne.

Teraz po reformie naprawiono przynajmniej jedną wadę gimnazjum – nie jest to drugie z trzech powtórzeń tej samej wiedzy z historii, biologii, czy fizyki – w liceum w klasie pierwszej kontynuuje się nauczanie na stopniu podstawowym z kilku przedmiotów, tak żeby np. zapoznać wszystkich z historią współczesną, a nie po raz kolejny opowiadać o średniowieczu.

Jest też dobra strona gimnazjum – zaczynają się konkursy przedmiotowe organizowane przez kuratoria, oczywiście nie znaczy to, że ktoś pomoże uczniowi się do nich przygotować, ale przynajmniej musi je zorganizować. Tu kamyczek do ogródka MEN, jak to się dzieje, że konkursy, które zwalniają z egzaminu ogólnopolskiego są tak różne, jeśli chodzi o wymagania, reguły i sposób organizacji w zależności pod rządami, którego kuratorium znajduje się szkoła? Spójrzmy na aferę: „Korzyści z pomyłki kuratorium. Tytuł finalisty olimpiady”  Gazety Wyborczej, czy na pomysły niektórych województw by konkursy miały charakter zespołowy lub by ograniczyć liczbę uczniów z poszczególnych szkół. Można też zastanawiać się dlaczego z jednego konkursu przedmiotowego jest 1 laureat w województwie, a z drugiego 37 (oba tytuły zapewniają maksimum punktów do każdego liceum w Polsce). W przygotowaniu do tych konkursów  również nie zawsze można liczyć na pomoc nauczycieli. Na kółku matematycznym zdarza się, że uczeń myśli szybciej od pedagoga. Nie zawsze nawet nauczyciele proponują udział w konkursach, Wydział Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Łódzkiego (z którym jestem związana) organizuje konkurs, bezpłatny, dający punkty do liceum, Matematyka Moja Pasja, startuje w nim dużo gimnazjów, ale na pewno nie ze wszystkich szkół w województwie, (podobnie jest z ogólnopolskimi olimpiadami) chociaż powinny, bo dają szansę uczniom na lepszy wynik w rekrutacji do szkoły ponadgimnazjalnej. Są jednak w niektórych szkołach zapaleńcy i to widać po wynikach, nieprzypadkowo, niektóre nazwiska i szkoły powtarzają się kilkakrotnie na liście finalistów i ich opiekunów. Czy tacy nauczyciele nie powinni od razu dostawać dodatków? A przepraszam, w polskiej szkole dodatki są po równo, żeby nikt nie był pokrzywdzony.

Edukacja już gimnazjalna, a mnie się znowu coś nie podoba!

Ostatni odtrąbiono sukces, polska edukacja ma się dobrze, w testach badania kompetencji 15 latków – PISA jesteśmy prawie najlepsi w Europie (Azjatom i tak nikt nie dorówna) i mamy największy spośród badanych wzrost punktowy! Czyli nic tylko usiąść w fotelu i napawać się sukcesem.

No tak, ale w takim razie czemu Polska nie jest liderem innowacji, czemu polscy naukowcy nie zdobywają Nobla, a polscy pracodawcy negatywnie oceniają polskich absolwentów uczelni i wolą tych po Cambridge?

Zacznijmy od początku, zobaczmy jak już szkoła podstawowa zabija w dzieciach kreatywność i zdolność do rozwiązywania problemów. Bolączką (nie tylko naszych szkół, ale szkół całego Świata) jest np. nieumiejętność uczenia takich dziedzin jak matematyka, nie uczymy  logicznego myślenia i zabawy zagadkami matematycznym, a algorytmów i to w dodatku jedynie słusznych, zgodnych z tym jak to nauczyciel pokazał na tablicy. Konkurs Kangur – super zabawa od 2 klasy szkoły podstawowej, a mało kto z nauczycieli wplata w lekcje zadania z Kangura, bo prawda jest brutalna, że niestety wielu nauczycieli nauczania początkowego również z nimi słabo sobie radzi. A właśnie klasy 1-3 to okres, w którym dziecko poznaje swoje mocne i słabe strony i jeśli na tym etapie zniechęci się do matematyki, to już na zawsze może mu to zostać.  Warto przeczytać tekst z Gazety Wyborczej „Szkoła marnuje matematyczne talenty. Jak to zmienić?” Podejrzewam, że w innych dziedzinach jest podobnie tylko trudniej mi to ocenić.

Dodatkowo ktoś, kiedyś ( podejrzewam spiskową teorie dziejów, że były to wydawnictwa w celu zwiększenia zysku) wymyślił zeszyty kart pracy – dzieło szatana. Praca z kartami pracy to uczenie: jak nie myśleć, jak nie umieć sobie zorganizować pracy, jak nie trenować pisania itp. Zaznacz, wypełnij lukę, dopisz, wykreśl, wpisz liczby – to nie nauka, to debilizm. Uważam, że pierwszym krokiem w reformowaniu szkół powinno być akceptowanie przez MEN tylko tych podręczników, które nie są wyposażane w karty pracy. Dodam, że znacznie rozwiązałoby to też problem ciężkich tornistrów uczniów.

Zmieniło się też niestety podejście rodziców, teraz głównym oczekiwaniem wielu rodziców jest zasada: nie odbierajmy dziecku dzieciństwa. Praca domowa – jak najmniej, nauczyć się wiersza – i tak zapomni, większe wymagania- zmieńmy nauczyciela. Rodzice też gorzej radzą sobie z wychowaniem dzieci do życia społecznego, dzieci słabiej pracują w grupie, czy nawet mają kłopot z nawiązywaniem przyjaźni, same małe księżniczki i książęta, szczególnie, że zwiększyła się liczba jedynaków.  Również pozycja nauczyciela w stosunku do rodziców się zmieniła, teraz za problemy z ocenami rodzic częściej oskarży szkołę niż dziecko, a przecież nauczycieli na studiach nikt nie uczył jak sobie radzić  z rodzicami. Podobnie jak nikt nie pokazał im jak sobie dać radę z większą agresją czy zorganizować pracy w klasie, w której jest dziecko z ADHD czy autystyczne. Tu akurat pomogłoby zwiększenie liczby oddziałów integracyjnych z drugim nauczycielem pomocniczym.

Nauczyciele – jacy są? Cóż bywa różnie, ale niestety w szkołach w żaden sposób nie działa pozytywna motywacja, kto lepszy ten ma lepiej. Ocena nauczyciela zależy od dyrektora szkoły, często gdy zabraknie godzin, odejść ze szkoły musi  ten, który ma prawo do świadczeń przedemerytalnych lub naraził się dyrekcji, a nie ten najsłabszy. Chcielibyśmy, żeby w szkole nasze dzieci rozwijały pasje, a nauczycielom często nie chce się zorganizować konkursu ( a wie pani, ja tu tylko na rok zastępuję kolegę na urlopie na poratowanie zdrowia, ja zaraz idę na emeryturę, nie znajdę chętnych, za ten konkurs dziecko musi zapłacić 8zł – cytaty oryginalne), kółka przedmiotowe służą podciąganiu najsłabszych lub odbywają się w kratkę  (jedna z nauczycielek córki odwoływała średnio co drugie), i  tak pracuje się z uczniem zdolnym. Dodatkowo, jak rodzice, wiedząc, kto jak uczy i chcąc uniknąć pani, która na zajęciach z ekologii nie pokazała dzieciom ani jednej rośliny pod ochroną, za to wymagała nauczenia się na pamięć definicji rezerwatu, chcieli zmienić nauczyciela przyrody, to usłyszeli od dyrekcji, że nikt nie będzie dobierał sobie nauczycieli, bo o tym decyduje dyrektor.

Kiedyś (za czasów naszego dzieciństwa) jeszcze mieliśmy szanse rozwijać kreatywność swoimi sposobami, któż z mojego pokolenia nie budował bomb na bazie saletry i cukru, nie chodził w czasie przerw w lekcjach po murach szkoły, czy nie budował bazy na drzewie w dzikim sadzie lub igloo pod blokiem. Teraz dzieci odcinamy od niebezpiecznego Świata i kreatywnych zabaw, na rzecz zajęć dodatkowych, drogich zabawek i komputerów. Jeżeli dodamy do tego, że zajęcia praktyczno – techniczne ograniczają się do rzeczy, przy których przypadkiem nie można się skaleczyć, ukłuć i poparzyć, to trudno oczekiwać, że przyszłe pokolenie nauczy się (chyba, że w domu) używać igły, szydełka, młotka, śrubokręta czy nawet zrobić kanapki, a przy okazji  rozwinie kreatywność. No chyba, że trafi nam się (oby) nauczyciel hazardzista, który jednak zaryzykuje i pozwoli dzieciom na jakąś kreatywność poza malowaniem i klejeniem papieru.

Dlatego edukacja spada na rodziców (ale nie każdy jest do tego przygotowany) i my musimy ćwiczyć z dziećmi zadania z Kangura, namówić do napisania opowiadania dłuższego niż 100 słów, które mieszczą się w dziurze w karcie pracy, a może wspólnie z dzieckiem zbudować domek dla ptaków, pokazać krokusa, czy ugotować zupę – zaznaczę, że akurat szydełkować nie umiem, więc nie nauczę. Musimy też chodzić do szkoły z wypisanymi terminami konkursów i proponować, może szkoła zechce coś zorganizować. Można też  jak koleżanka, zaproponować, że zapłaci po 8zł, za 8 dzieci (po czym się okazało, że spokojnie jak nauczycielka ogłosiła zapisy, było wystarczająco chętnych do zapłacenia), żeby jej syn mógł wziąć udział w konkursie.

Edukacja, dlaczego mimo wyników PISA , mi się nie podoba? Bo nie!